|
|
|
| Wrażenia po 1 edycji maratonu Rajcza TOUR by Jarek Hałas |
|
Są takie miejsca na mapie Beskidów, które są skazane na sukces. Mało uczęszczane drogi asfaltowe o konsekwentnie poprawiającej się nawierzchni, bliskość południowych sąsiadów, ciekawe i proszące o eksplorację pasma sprawiły, że - po Pętli Beskidzkiej – Rajcza w naturalny sposób staje się absolutnym „muszę tu być” dla amatora szosowych maratonów w Beskidach. U wielu z nas jeszcze nie opadły emocje gromadzone przez 3 dni LOOK Beskidy Road Trophy i jazdy po najlepszych szosowych trasach w promieniu kilkudziesięciu kilometrów wokół Trójstyku. I edycja Rajcza Tour była tym samym doskonałą okazją, aby uczynić za dość próżnej duszy szosowca i ponownie przetrzeć najciekawsze kilometry tamtej trzydniówki. Nieobecni na RT mieli szansę pierwszego gatunku do ugryzienia namiastki tamtego tortu - 80% trasy Rajcza Tour pokrywało się z drugim etapem szosowego Trophy.
Niestety piekące słońce i obłędne momentami widoki trzech dni RT pozostały jedynie skarbem finiszerów, bo podczas pełni lata (przynajmniej sądząc po punkcie na kartce kalendarza) przypomniała o sobie zbliżająca się nieuchronnie jesień. Poranek w Rajczy nie należał do najprzyjemniejszych jednak gorąca kawa i ciastka na bufecie tłumiły szczyrkające z zimna zęby. W powietrzu zawisła zimna mgła, na termometrze ledwo 2-3 stopnie na plusie, a do tego prawdziwa ulewa była kwestią czasu – zapowiadał się prawdziwy dreszczowiec. Tak też miał brzmieć pierwotnie tytuł. A dlaczego jest inny domyślicie się pod koniec moich „wypocin”.
Po dość niespodziewanym, nieplanowanym i pechowym przebiegu ostatniego etapu RT ambicje i chęć rewanżu podczas Rajczy były silne – w zanadrzu było kilka wariantów. Punktualnie o 10 ruszyliśmy na pierwsze 9 honorowych kilometrów, a tym samym na rozgrzewkę przed resztą z niemal 120 elektryzujących kilometrów. Początek jechałem w zasadzie bez napinki, ale chcąc myśleć o powodzeniu planu „A” należało być z przodu po uwolnieniu grupy przez pilota. Od 9km tempo nieco wzrosło, ale tylko do znaku „stromy podjazd”, który skutecznie zapiekł w nogi 90% stawki. Ostatnie 200 m przed Glinką Ujsolską przyszła pora, – choć solidnie pociągłem zostawiając za sobą wyraźną lukę (nieco zdziwił mnie brak reakcji Krzyśka Lewandowskiego, ale jak się później okazało jeszcze na honorowym odcinku złapał gumę) wiedziałem, że szanse misji są nikłe. W tym łańcuchu brakowało jednego ogniwa. Bartek, który miał stanowić silne wsparcie tej ucieczki na dalszych płaskich odcinkach, niestety musiał podpisać obecność na innej imprezie o priorytecie „A” – tym razem rodzinnej uroczystości. Z kolei Marek nie do końca czuł nogę i żeby dać mu szansę dociągnąć do mnie konieczne było zluzowanie korb na zjeździe, czyli w najbardziej kluczowym momencie odjazdu. Choć Marek dał potem solidną zmianę to jednak wypracowana wcześniej luka w wyniku tej chwili zawahania topniała – mission A failed. Mocnym tempem, pod dający się we znaki wiatr pokonywaliśmy w stronę miejscowości Novot dość długi zjazd. Za nią na płaskich i lekko wznoszących się odcinkach miał w życie wejść plan „B”. W tym czasie grupa w dość wyrozumiały sposób potraktowała innego uciekiniera, który postanowił próbować swoich sił w walce z niesłabnącym wiatrem. Niestety nasz plan nie do końca przewidział właśnie taki niesprzyjający kierunek „wmordęwind”. Do tego wyziębione nogi także wymagały nieco delikatności i poślizgu w akcji. Pora na batonik, gadu-gadu, a nasz uciekinier ma już niemal 1,5 minuty. Niech jedzie. W końcu zapaliła się żarówka i poszedł ogień – władowałem w korby wszystko co miałem, jednak znów bez reakcji kogokolwiek… Liczyłem, że oprócz Marka przynajmniej 1-2 osoby zwęszą szansę i poprawią mój akcent. Po trzydziestu sekundach samotnej walki z wiatrem dałem za wygraną, w bitwie nie wojnie. Po krótkim przegrupowaniu powtórzyłem całą historię z jeszcze większym impetem zahaczając w korbach o full dostępnego zestawu – Marek znalazł się na kole, pojawiła się iskierka. 2-3 zmiany dalej miałem obawy, czy uda się pod ten paskudny wiatr wytrwać w zapieku nim luka za nami zacznie się powiększać. Niestety „dajmy spokój, szkoda sił” rzucone z zaskoczenia, gdy już niemal udało się strawić pierwszy kwas, było równoznaczne z patykiem w szprychach. Kompan stracił wiarę, ja motywację, ucieczka szansę. Na kolejną nie chciałem za długo czekać, bo jak wiadomo najlepszy moment jest tuż po niepowodzeniu poprzedniego. I tak nastawiony, niezwłocznie po odnowieniu ATP dokonaliśmy ostatniego, przynajmniej z zakładanych przez nas, skoku. I znów podobna historia – 2 osoby to za mało, aby urwać pod wiatr z kilkudziesięcioosobowego peletonu z dość dobrym czołem. Należało pokornie dać za wygraną i czekać na dogodną chwilę dla planu „C”. Gdy już sięgałem po prowiant i szukałem cienia innych zawodników ktoś najwyraźniej chciał wcielić w życie swój pomysł na wyścig. Łukasz z General Motor Gliwice postanowił nadal naciągać strunę i tym razem on dał solidnego susa. Trochę sił kosztowało mnie, zważając już na nadszarpniętą fosfokreatynę, dociągnięcie do harcownika. Zysk albo w pysk pomyślałem zaginając się, wbrew planowi, po raz 4ty. Zdawało się, że tym razem w końcu będziemy na plusie, bo z nami zabrał się ku mojej radości Marek. Jednak już niedługo, po kilku zmianach, uśmiech z twarzy i nadzieje zniknęły wraz z wjazdem w otwarty teren. Po strzale w pysk podmuchu wiatru niczym synowie marnotrawni kolejny raz z pokorą szukaliśmy schronienia w grupie. Choć tym razem walczyliśmy najdłużej. I myliłby się ten, kto pomyślałby, że daliśmy za wygraną. Nieco wbrew własnej woli i ku załamywaniu rąk przez oglądającego te hece Marcina (pół życia na szosie), skoczyłem za kołem Łukasza. Liczyłem cały czas, że w końcu „materiał się zmęczy” i damy radę odjechać po raz drugi atakując wspólnie na ostatnich hektometrach łatwiejszej części podjazdu pod Nową Bystricą. Choć wiarą moglibyśmy góry przenieść to niestety nogami stać nas było najwyżej na mały „rancik”. Na prawdziwe, kilkukilometrowe zaciągi wysysające najgłębsze soki z największych łyd niestety jesteśmy zbyt cienkimi szosowcami. Jeszcze tętno nie dobiło właściwych dla rozluźnienia wartości, a tu odpokutować przyszło ściankę i ostatnie zakosy przed przegięciem przełęczy. I zrobiło się gorąco, bo skutkiem wcześniejszego szarpania był widok odjeżdżających, wiozących się dotychczas rywali i niemiłosierny beton w nogach. Na szczęście kilka sesji 30/30 w ostatnich makrocyklach dało efekt i chwilowy kryzys ustąpił – na pierwszej serpentynie zjazdu już witałem kompanów ciągnących czoło. W międzyczasie uciekinier został wchłonięty. Na długim zjeździe ciepło wyparowuje z organizmu wykładniczo do uciekających kilometrów i minut. W porównaniu do RT adrenalina jednak notuje tendencję wzrostową – wilgotna po opadach nawierzchnia nie daje żadnej gwarancji przyczepności przy prędkościach grubo ponad 80km/h. W łagodnych zakrętach lepiej trzymać palce z dala od klamek. Na dole udzielił się nam nieplanowany skok ciśnienia, gdy na wylocie bajecznej serpentyny jakiś nieprzytomny kierowca wyjeżdżający z bramy zablokował cały przekrój jezdni tuż przed nami zmuszając nas do panicznego zaciągania awaryjnego hamulca. Chwilę później potulnie zbieram od doświadczonego Marcina cięgi za niepotrzebne harcowanie na płaskim – faktycznie może się to zemścić i to już niedługo. W mig przechodzę do planu „jeść, jeść, jeść i spokojnie czekać”. I tak grzecznie z nogi na nogę, najmniejszym nakładem energetycznym powoli zsuwaliśmy się do ogona peletonu. „Węgiel” jest na wagę złota szczególnie, gdy słupek rtęci oscylujący wciąż wokół 5st.C. skutecznie zmusza organizm do wykorzystania zasobów na utrzymanie właściwego ciepła. W końcu u kresu cierpliwości dla tej wycieczki i przy tętnie na progu przejścia w stan hibernacji dostaliśmy impuls – kierunek Oszczadnica. Tu uaktywnił się Marcin. Im bardziej droga pięła się w górę tym bliżej byliśmy czoła - plan „C” zaczynał się właśnie na ostatnich podjazdach. I tak na końcu pierwszego z nich selekcja (podobnie jak twarze dookoła) nabierała rumieńców – w pierwszej grupie naszej teamowej trójce towarzyszyło co najwyżej kilku zawodników. Ku naszemu zdziwieniu jednak, na końcu krętego, dziurawego i ogólnie niebezpiecznego zjazdu do Skalite nie tylko nie zyskaliśmy, ale dołączyli do nas inni zawodnicy. Weryfikacji planu nie przewidywaliśmy. Do granicy w Zwardoniu już tylko niemiłosierny ogień i zmiany. Na jednej z nich, przy chwilowym zawahaniu, lukę zrobił Tomek Gaweł, na co zareagował wyłącznie Marcin. Zmęczenie potrafi nieźle zaszumieć w głowie - zamiast narobić jeszcze nieco zamętu szczeniacko kasujemy z Markiem ucieczkę z własnym zawodnikiem nie dając mu szansy odjazdu. Efekt - kolejna bura za oblany test z szosowego obycia. No nic, rzeźbimy dalej. Na granicy znów zostaje nas kilku. Mimo to nadwątlona energia nie pozwala sprostać motywacji i postawić kropki nad „I” odjeżdżając definitywnie. No to już nic tylko plan „bez planu”. Przez Tarliczne jedziemy niczym w ciszy przed burzą – każde nieostrożne stanięcie w korbach mogło wywołać niespodziewany atak odparowujący. Niepewnie wciągam trochę żelu zachowując czujność, by nie dać się zaskoczyć. W końcu pojawia się na horyzoncie S-69 i wiem, że ostatnie stroma ścianka przed nią może być kluczowa. Nie oglądając się za siebie wciskam w pedałki co mi jeszcze pozostało – stawiam wszystko na jedną kartę. Po kilkunastu sekundach widzę jedynie Tomka Gawła za plecami. „Może się uda” – myślę. Tomek daje zmianę – zjazd, podjazd – idziemy „w trupa”. Na rondzie w Milówce oceniamy szanse – przewaga daje nadzieję, jednak nie całkowitą pewność. Strzałka „NIELEDWIA” – za chwilę nastąpi chwila prawdy. Szybkie zmiany na podjeździe w pełnym zagięciu zupełnie uniemożliwiają wciągnięcie reszty żelu, co przy sztywniejących coraz bardziej nogach nie wróży mi za dobrze – odganiam złe myśli. W pewnym momencie Tomek nieco powątpiewa – „dojdą nas”. Oglądam się i widząc utrzymujący się dystans zbijam jego niepewność – „damy radę”, ale w myślach dodaję: „…może…”. Daję kolejną zmianę, ale powoli kończą mi się atuty wobec rosnącego nachylenia. Do przodu wychodzi Tomek rzucając naprędce „…dasz radę”… Robię co mogę, ale kolejnej zmiany już nie dam rady. Do szczytu pozostało (jak pokazała niedaleka przyszłość) może 600m. W tym momencie spadł na mnie ciężar ostatniej ściany Kotelnicy potęgowany niedkończonym żelem i znajdującymi się pod kreską – w wyniku ataków na Słowacji - rezerwami glikogenu. Odpadłem w chwili, gdy za następnym zakrętem było już widać szczyt podjazdu. Nie byłem w stanie przekręcić korbą. Tomek obejrzał się jeszcze, ale jemu zostało wyłącznie dopełnić naszego dzieła – wygrać, co też uczynił. A mnie, zanim dotarłem na górę, minęła aż piątka zawodników – łzy same cisnęły się do oczu. Było tak blisko, a ja nie byłem w stanie zadać sobie więcej bólu („Wygrywa ten, kto potrafi zadać sobie więcej bólu” – Maja Włoszczowska), aby zdołać osiągnąć cel. Na zjeździe honorowym do mety myślałem czy może brakło wiary, a być może jedynie motywacji – białego napisu „500m”:)
Nie ważne. W każdym razie trening był zacny, a kilka zdobytych doświadczeń pewnie kiedyś zaprocentuje na innym wyścigu. Wyrzutów sumienia mieć nie mogę, bo jak napisał Chris Carmichael:
„….nie ma zwycięstwa, bez ryzyka porażki…,… lepiej przegrać wyścig podejmując próby jego wygrania niż przegrać w wyniku bierności…”.
Tego ostatniego na szczęście nie mogłem sobie podczas Rajcza Tour zarzucić.
Na mecie wraz z emocjami spadł ulewny deszcz, który już dłużej nie dał rady „nie psuć” nam dnia. Zdecydowana większość zawodników dotarła na metę szczęśliwie przed deszczem. Oczekiwaniu na dekorację towarzyszył akompaniament rzęsistych kropli deszczu i wyjątkowo suto zaopatrzony bufet. Z kolei skuteczną motywacją opuszczania suchego terenu pod zadaszeniem był zapach żurku, który dla wszystkich z zamówienia organizatora serwowała pobliska jadłodajnia. Choć z każdą chwilą temperatura leciała w dół to atmosfera w amfiteatrze rosła osiągając zenit niedługo po 17. Od razu po wręczeniu niespotykanych nigdzie indziej, wykonanych przez lokalnych rzemieślników kamiennych statuetek zagryzaliśmy kciuki w nadziei na wyjazd z dodatkowym rowerem ufundowanym przez Dobre Sklepy Rowerowe. Oprócz jednego „giga” szczęśliwca znalazło się także 8 „mega” szczęściarzy z nowymi kaskami MET i przynajmniej kilkunastu „mini”, w których ręce poleciały upominki Penco.
Po takich wydarzeniach z trasy i emocjach I edycja Rajcza Tour na pewno na długo pozostanie w pamięci, o czym świadczą najlepiej Wasze wypowiedzi na forum. Wyścig z pewnością nie stanie też „w miejscu” – z inicjatywą rozbudowy wyścigu o kolejne etapy już wyszedł Wójt Rajczy. A słów na pewno nie rzucił na wiatr, ponieważ już same przecieki od Wieśka o nowych koncepcjach tras powodują gęsią skórkę. Nic, tylko czekać na edycję 2011.
Jarek Hałas
<< kliknij by dowiedzieć się
więcej... |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|